Moje konto
Cyfrowi nomadzi i ich dziwne modele biznesowe, które działają

Cyfrowi nomadzi i ich dziwne modele biznesowe, które działają

Joseph Kennedy
Joseph Kennedy
Copywriter, założyciel Content Pathway

Od ponad czterech lat siedzę przygarbiony nad ekranem laptopa, ochoczo tłucząc w klawiaturę z prędkością i dokładnością, dzięki którym udało mi się zostać *prawdopodobnie* najgorętszym towarem na moim rynku pracy.

 

Jestem konsultantem ds. copywritingu ekologicznego.

Pierwsze słyszysz, prawda? To dlatego, że ten tytuł wymyśliłem ja, żeby stworzyć swoją niszę.

 

W istocie nazwa ta skutecznie spełnia trzy funkcje:

  1. Ekologiczny informuje Cię o mojej branży.
  2. Copywriting wskazuje na moją specjalizację.
  3. Konsultant podkreśla, dokąd zaprowadził mnie freelancing.

 

Podsumowując, może Ci się wydawać, że to najbardziej dziwaczny opis stanowiska na świecie. A jednak… nie do końca.

 

Przez lata spotykałem ludzi, którzy zajmowali się jeszcze dziwniejszymi, ciekawszymi i bardziej odjechanymi rzeczami — tylko po to, by pracując być jednocześnie na niekończących się wakacjach.

 

Dlaczego warto poznać ich historie?

 

Bo nie ma takiego pomysłu, który byłby zbyt dziwny, aby go zrealizować. Masz obawy, czy Twój ekscentryczny model biznesowy zadziała? Czytaj dalej i przekonaj się, jak dziwnym pomysłom udało się odnieść sukces.

 

Zaczynamy:

1

Gość od planszówek


To Chris Backe. Zaczynam od Chrisa, bo stanowi wyjątek przez to, że:

  • Nie spotkałem go w barze;
  • Nigdy go tak naprawdę nie spotkałem.

 

Możliwe, że było to w jakiejś Facebookowej grupie — nasze światy się zazębiły i połączyła nas nić nomadzkiego porozumienia. Nie pamiętam dokładnie. Wiem jednak na pewno, że Chris ma jeden z najfajniejszych zawodów na świecie.

 

Chris projektuje gry planszowe. Brzmi jak marzenie, prawda? Dla niego to codzienność. Ostatnio nawet przysłał mi kilka wersji testowych swoich gier. Są epickie. Poza tym, co chyba oczywiste, Chris jest także recenzentem gier — uchodzi przecież za eksperta (uwaga: nie graj z nim w żadne planszówki — jestem pewien, że Cię zmiażdży).

 

Ostatnio sprzedał One Weird Globe, jedną z najlepszych stron internetowych ze szczegółowymi i praktycznymi przewodnikami po najpopularniejszych miastach skierowanymi do cyfrowych nomadów i ekspatów. Większość przewodników pisał sam Chris — są genialne. Zdaje się, że to właśnie to doświadczenie zaprowadziło go do napisania książki, którą uważam za współczesną nomadzką biblię: „Becoming a Digital Nomad”.

 

2

Fetyszysta, którego imienia nigdy nie poznałem i nie chciałem poznać

 

Środek mocno zakrapianej nocy, słabo oświetlony bar gdzieś w Hiszpanii:

 

Pewien facet słyszy, jak mówię po angielsku i zaczynamy gadać.

 

On także jest cyfrowym nomadą, o czym dowiaduję się, gdy opowiada, czym dokładnie się zajmuje.

 

Potakuję: „Mhm, rozumiem. Taak… i ludzie naprawdę je kupują? Ale stary… to przecież obleśne”.

 

Był międzynarodowym dystrybutorem używanej damskiej bielizny (albo, mówiąc po ludzku: sprzedawał zużyte majteczki innym zboczeńcom).

 

Uwielbiam opowiadać tę historię, bo według mnie jest przezabawna. Często trochę ją podkoloryzowuję: przyprawiam mu kucyk z rzednących włosów, tłustą skórę, owłosione paluchy, lub ciężki, głośny oddech, ale prawda jest taka, że — o ile mnie pamięć nie myli — był to zwykły, normalnie wyglądający dziwak.

 

Jego fetysz na punkcie używanej damskiej bielizny wymknął się spod kontroli i z kolekcji zrobił się asortyment.

 

Chcąc pozbyć się swojego asortymentu, zainteresował nim — jak nietrudno zgadnąć — entuzjastów Panchiry (czyli podglądania przypadkowo widocznej damskiej bielizny) i fetyszystów bieliźnianych, a następnie zbudował z nimi relacje.

 

Potem kupił bilet do Japonii.

 

Jakimś cudem udało mu się znaleźć dziesiątki kobiet, którym co rano dostarczał świeżą bieliznę, aby po dniu użytkowania spakowały ją w plastikową torebeczkę.


Nie wiem, co zyskały na tym te kobiety, ale facet co miesiąc sprzedawał kilka tysięcy par zużytych japońskich majtek. Za majtki płacił tyle co nic, ale jego klienci płacili słono. Dochód wydawał na podróże po całym świecie i przesiadywanie w barach z nudziarzami takimi jak ja. Choć jego duch nadal straszy w mojej bieliźnianej szufladzie, doceniam jego otwartość.

 

3

Linkedinowa spryciara

 

Nie pamiętam nazwiska tej kobiety. Wielka szkoda, bo jej model biznesowy był oryginalny, bardzo prosty i niezwykle dochodowy. To, że nie pamiętam jej imienia, ani nawet nie wiem, czy kiedykolwiek mi je zdradziła, tylko zagęszcza intrygującą aurę tajemnicy, która ją otacza.

Niektórzy mogą w niej widzieć światową bizneswoman, wyspecjalizowaną w potajemnym zawieraniu umów, ale dla mnie ona na zawsze już pozostanie „Linkedinową spryciarą”. Jej spryt przejawiał się w intrygujących wiadomościach, pozostawianych komukolwiek, kogo zatrudniający ją dyrektorzy i prezesi wzięli akurat na biznesowy celownik.

 

Była czarująca niczym dziewczyna Bonda. W mig pojąłem, dlaczego jej osobowość była jej biznesem.

 

Podszywając się pod kilkanaście różnych gwiazd przedsiębiorczości, logowała się na ich konta, nawiązywała współpracę, podrzucała pomysły i pomagała pieczętować ważne umowy.

 

Nie miała nawet własnego profilu na Linkedinie, bo i po co?

 

Rozwijała interes w imieniu innych, nikt nie był w stanie jej przechytrzyć.

 

Z wyjątkiem mnie: w końcu wszystko mi wyśpiewała. A teraz ja wygadałem to Tobie. Przykro mi, Spryciaro — koniec przedstawienia.

 

4

Pracoholik z Chiang Mai

 

W tym facecie nie ma nic dziwacznego, niesamowitego czy szalonego — był po prostu przezabawny i trochę żałosny.

 

Dzięki niemu ja i Danny, mój stary przyjaciel i kompan azjatyckich wojaży, nie raz uśmialiśmy się do rozpuku. Mieszkaliśmy wtedy już jakiś czas (moim zdaniem zbyt długi) w Chiang Mai i postanowiliśmy podreperować budżet, wprowadzając się do hostelu w cenie 77 batów za noc — wówczas nie więcej niż 2 dolary.

 

Siedzieliśmy na werandzie, sącząc piwko i wypacając je przez koszulki z logo Chang, kiedy stało się to:

 

Lepkie od wilgotności tajskie powietrze doniosło do naszych uszu słowa:

 

„Jestem CY-FRO-WYM… NO-MA-DĄ.”

 

Zaraz potem kolejne — wszystkie wykrzyczane tubalnym, męskim, amerykańskim głosem, który wprawiał nas w tłumiony z trudem chichot:

 

„TAA, MIESZKAM TU. Robię w SO-CIAL ME-DIACH.”

 

To była dalsza część wypowiedzi, która wydała mi się zabawna nie tylko sama w sobie, ale także poprzez sposób, w jaki autor wykrzykiwał słowa, albo sylabizował je, żeby — jak się domyślałem — być zrozumiałym dla nieanglojęzycznej publiczności.

 

„To pro-ste. Pracuję sześć-dzie-siąt o-siem godzin TYGODNIOWO i mogę sobie żyć tu-taj”.

 

Problem w tym, że trudno to nazwać życiem. Pracowanie przez jedenaście godzin dziennie ze świetlicy hostelu za dwa dolary, przyssanym do darmowego wi-fi, nie do końca pozwala Ci rozkoszować się urokami Chiang Mai.

 

Za każdym razem, gdy Danny i ja odjeżdżaliśmy na naszych motocyklach, widzieliśmy go, jak „robi” w so-cial me-diach.

 

Pod koniec pobytu znów siedzieliśmy z Dannym na werandzie naszego hostelu, popijając, zdaje się, Leo (mówią, że od tego się tańczy). Było koło jedenastej wieczorem, kiedy usłyszałem coś, co mnie dobiło.

 

„Hej, ziomek! Nadal pracujesz? Jest już dosyć późno — siedzisz tu od rana?” — zapytał ktoś.

 

„TAA, to się nazywa NAD-GO-DZI-NY, mówi Ci to coś?!” — odpowiedział znany nam tubalny głos.

 

Jak znalazł się w tak niedorzecznej sytuacji? Jeśli mam być szczery, myślę, że bardziej podniecała go etykietka “cyfrowego nomady” niż realne korzyści, jakie może przynieść taka robota.

 

A teraz mała rada ode mnie:

 

Szanuj swoją pracę, szanuj swój czas, szanuj to, ile możesz osiągnąć i nauczyć się za każdym razem, kiedy zarówno zamykasz, jak i otwierasz laptopa. To cenna wskazówka, bo jestem pewien, że ten facet nie jest jedynym na tak przegranej pozycji.

 

5

Polski symulator trzęsienia ziemi

 

Gdy pewnego razu byłem na spotkaniu nomadów i pracowałem już nad siódmym piwkiem, zauważyłem faceta stojącego samotnie przy barze. Podejrzewając, że to jego pierwszy raz na takiej schadzce, chciałem, żeby poczuł się pewniej, więc podszedłem i zaczęliśmy gadać (okazało się, że jest Polakiem, więc nie czuł się swobodnie, rozmawiając po angielsku).

 

Ja: Hej, jak leci?

 

On: Myślę.

 

Ja: Ach tak, ale pytałem, jak leci, nie co...

 

On: Trzęsienia ziemi.

 

Ja: Co? Gdzie?

 

On: Na moim komputerze.

 

Ja: Eeee, czyli że w newsach?

 

On: Nie.

 

Ja: Przyszedłeś tu na spotkanie cyfrowych nomadów? (Zapytałem, żeby upewnić się, że nie jest jakimś przypadkowym ziomkiem, który do pubu przynosi komputer z trzęsieniami ziemi.)

 

On: Tak, pokażę.

*Nagle wyczarowuje torbę, torba rozpina się i wysuwa się z niej laptop* — ten ruch był tak płynny... pamiętam, że pomyślałem, że zrobił to niczym golfista, który chwali się nowym zestawem kijów.

 

On: Popatrz.

 

Ja: Och tak! Trzęsienia!


Ten polski ziomek budował prawdziwe symulatory trzęsień ziemi dla najróżniejszych instytucji naukowych. Nie mam zielonego pojęcia, jak dużą trzeba mieć wiedzę naukową, geologiczną i programistyczną, żeby móc coś takiego robić, ale to było naprawdę super.

 

Pokazał mi kilka wersji demonstracyjnych. To chyba tamtej nocy poznałem też Linkedinową spryciarę.

 

6

Ellen i jej Camper odwagi

 

Strasznie dawno już nie rozmawialiśmy, ale kiedy mieszkałem w popularnej wśród cyfrowych nomadów Tarifie na południu Hiszpanii, należała do moich ulubionych kompanów do pogawędki. Pochodziła z Holandii i z tego, co wiem, była coachem, czy też konsultantką biznesową, która sprzedała wszystko i zamieszkała w camperze.

 

Stąd wziął się Camper odwagi, źródło informacji i poradnik, który Ellen stworzyła, by pomóc innym w zmianie stylu życia ze zwykłego domowego na ten odjechany… na kółkach!

 

Nie wiem, ilu spotkałem w życiu marzycieli, którzy deklarowali coś w stylu: „Wiesz co? Pewnego dnia rzucę to wszystko i zamieszkam w camperze, zapuszczę włosy, będę surfował i gotował na ognisku, i oglądał zachody słońca… Właśnie tak zrobię!”.

 

Oczywiście nie robią tego, ale zawsze mówię im: „Zagadaj do Ellen, to nie moja działka” i kieruję ich na jej stronę internetową.

 

Jest prawdopodobnie jedną z najfajniejszych cyfrowych nomadek, jakie kiedykolwiek poznałem, szczególnie dlatego, że jest trochę starsza — przeżyła i osiągnęła już swoje. Mam ogromny szacunek dla każdego, kto ma w sobie tyle siły, by oddać się takiemu stylowi życia.

 

Muszę też przyznać, że mnie było łatwiej w ogóle to rozważyć, kiedy miałem 22 lata, byłem singlem, bez hipoteki, zobowiązań i rodziny na utrzymaniu.

 

7

Steph i jego dron

 

Drogi Stephie, wybacz, jeśli to, co tu powiem, jest straszliwie przerysowane, ale dzięki Twojemu przykładowi — choć nieco zniekształconemu przez moją pamięć — udało mi się zainspirować innych ludzi, żeby także zostali cyfrowymi nomadami.

 

Oto, co pamiętam z jego historii:

 

„Pracowałem zdalnie na różnych marketingowych stanowiskach, ale nie bawiłem się zbyt dobrze. Zależało mi tylko na kitesurfingu i zaliczaniu kolejnych kitesurfingowych miejscówek. Kupiłem drona i z czasem jego obsługa szła mi coraz lepiej. Byłem akurat w Brazylii w czasie karnawału i strasznie się nawaliłem w knajpie w centrum São Paulo. Oparty o bar, wdałem się w dyskusję z facetem obok. Zapytał, czym się zajmuję, więc powiedziałem mu, że jestem pilotem drona i cyfrowym marketingowcem. Z miejsca mnie zatrudnił — okazało się, że jest event managerem jednego z największych na świecie festiwali. Od tamtej pory podróżuję po świecie, nagrywając dronem filmiki promocyjne i oczywiście surfując”.

 

Chociaż nie pamiętam dokładnie tej historii, wypływa z niej pięć kluczowych lekcji.

 

  1. Networking może się zdarzyć wszędzie, z kimkolwiek.
  2. Jeżeli „operator drona” to płatna praca zdalna, zastanów się, co jeszcze mogłoby nią być.
  3. Użyj swojego cyfrowego nomadyzmu do rozwijania pasji, nie tylko do robienia pieniędzy.
  4. Nie stroń od koloryzowania: może Ci to otworzyć drzwi do niesamowitych okazji.
  5. Jako cyfrowy nomada znajdziesz się w nietypowych sytuacjach, a jeśli chcesz być tym „najbardziej nietypowym cyfrowym nomadą”, którego ktokolwiek zna, musisz zrobić z siebie kogoś, kto bryluje w takich sytuacjach i traktuje je jako cenne przygody.

 

Mam jeszcze tyle anegdot do opowiedzenia:

  • Słowak, który przez trzydzieści minut utyskiwał mi (brytyjskiemu liberałowi) na „brytyjskich snowflake’ów” (ang. płatek śniegu — osoba, często o lewicowych poglądach, którą łatwo urazić lub która nie radzi sobie z problemami współczesnego świata),
  • Irlandka, która czuła głęboką nienawiść do każdego swojego klienta,
  • Brytyjczyk, który zarabiał na tworzeniu instrumentalnych wersji piosenek na YouTube,
  • Amerykanka, którą tak stresowała praca w data science, że przez calutki dzień paliła jointy,
  • kolejny Brytyjczyk, na którego przypadkowo wpadłem na dwóch różnych kontynentach, a który zbijał kokosy sprzedając sprzęt do golenia,
  • gość z Afryki, który tworzył oprogramowanie, którego nikt nie chciał kupić,
  • Niemiec, który kupował i sprzedawał narkotyki w Deep Webie.

 

Świat cyfrowych nomadów jest bardziej zaskakujący, przedziwny, nieoczekiwany i wspaniały, niż większość ludzi myśli. Nie wszyscy jesteśmy programistami, projektantami czy pisarzami, ale większość z nas to na pewno podróżnicy, innowatorzy i ludzie głodni porządnej rozmowy.

 

A co Ty o tym sądzisz?

 

Którego z tych ludzi najchętniej spotkałbyś w barze, a na którego wolałbyś nie trafić?

 

Czy ich szalone pomysły są dla Ciebie inspiracją, czy są jednak zbyt odjechane?

 

Myślisz, że i Ty miałbyś odwagę rozpocząć nomadzkie życie? Podziel się przemyśleniami w komentarzu — bardzo chcę je poznać!

Oceń mój artykuł
Średnia: 3.59 (17 oceny)
Dziękujemy za ocenę naszego artykułu!
Joseph Kennedy
Joseph Kennedy
Joseph Kennedy jest założycielem Content Pathway, pierwszej w Wielkiej Brytanii agencji copywriterskiej specjalizującej się w ekologii. Z pochodzenia Brytyjczyk, podróżował i mieszkał w Hiszpanii, Portugalii, Maroku, Tajlandii i Czechach. W wolnym czasie dużo czyta, rozwija pasję fotograficzną, pisze piosenki i gra na ukulele. Zdaniem Josepha tworzenie contentu jest ciekawsze niż jego czytanie.
Linkedin Website

Podobne artykuły

Jak zdobyć pracę w raju na ziemi? Pomysły i historie z życia wzięte.

Jak zdobyć pracę w raju na ziemi? Pomysły i historie z życia wzięte.

Zdarzyło Ci się być o *krok* od stwierdzenia: „chrzanić to bagno, rzucam robotę i przenoszę się w jakieś piękne miejsce, jak najdalej stąd”, nieprawdaż? Wiadomo. Zatem pozwól, że pokażę Ci, jak to zrobić. Za mniej niż pół roku będziesz zarabiać całkiem niezłe pieniądze, pracując gdziekolwiek chcesz. Zainteresowany? Czytaj dalej.